Druga faza reformy edukacji. Nauczyciele obawiają się wprowadzenia modelu węgierskiego

“Czekają nas Węgry. Dalsza destrukcja i centralizacja systemu edukacji i wyklarowanie nowego modelu obywatela” – pisze Beata Zwierzyńska, inicjatorka “Edukacji w działaniu”.

Wchodzimy w drugą fazę reformy edukacji – zapowiedział minister edukacji Dariusz Piontkowski w połowie stycznia na posiedzeniu sejmowej komisji oświaty. Na czym ma polegać? Na razie wiadomo niewiele. Jedynie to, że w drugiej połowie 2020 r. lub na początku 2021 r. ministerstwo przygotuje “kompleksowy program zmian dotyczący pragmatyki zawodowej i związanego z tym systemu wynagradzania i finansowania oświaty”.

Ten program ma być wypracowany m.in. w trójstronnym zespole ds. statusu zawodowego nauczyciela, do którego minister zaprosił samorządowców i związkowców. Mają rozmawiać m.in. o systemie finansowania oświaty, o Karcie nauczyciela: awansie zawodowym, ocenie pracy, czasie pracy i systemie wynagradzania.

Czego można się wiec spodziewać? Środowisko nauczycieli – osłabione po strajku z kwietnia 2019 r. – obawia się najgorszego. Związek Nauczycielstwa Polskiego zapowiada likwidację Karty nauczyciela, zwiększenie pensum i zwolnienia. O krok dalej idzie ruch “Edukacja w działaniu”. Jego inicjatorka Beata Zwierzyńska w drugiej fazie reformy upatruje “modelu węgierskiego. “Rząd dąży do absolutnej centralizacji szkolnictwa ogólnego i wykorzysta każdą szansę, by to zrobić” – pisze na swoim blogu.

Jak Orbán scentralizował edukację na Węgrzech

Na czym polegała reforma edukacji na Węgrzech, zapytaliśmy Kristófa Velkeygo, nauczyciela matematyki i badacza z Uniwersytet Loránda Eötvösa w Budapeszcie, który bada węgierski i polski system edukacji, obecnie jest na stażu naukowym na Uniwersytecie Warszawskim. – W 2010 r., gdy Viktor Orbán doszedł do władzy, oczekiwania społeczne na reformy były duże – mówi Velkey. – Byliśmy osłabieni po kryzysie ekonomicznym. Nasz system edukacji był głęboko zdecentralizowany. Niektóre samorządy, które prowadziły szkoły, były zadłużone. Miały zaciągnięte kredyty we frankach szwajcarskich i nie mogły ich spłacić. Wówczas rządzący Fidesz zaproponował: spłacimy je za was i przejmiemy m.in. szkoły.

Na początku ta zmiana dotyczyła małych, wiejskich szkół z gmin do 3 tys. mieszkańców. Większe samorządy mogły oddawać szkoły dobrowolnie. W pierwszym roku reformy ok. 50 proc. placówek w całym kraju było już prowadzonych przez państwo. Władze lokalne przekazały ostatecznie swoje zadania oświatowe rządowi w 2016 r.

W tym samym roku utworzono Centrum Utrzymania Instytucjonalnego im. Kuna Klebelsberga (KLIK) – państwowy instytut do zarządzania oświatą, podległy wiceministrowi zasobów ludzkich odpowiedzialnemu za edukację. – Szkoły straciły część swojej autonomii. KLIK zatrudniał dyrektorów i nauczycieli. Dyrektor nie ma dużego wpływu na swoją kadrę, może jedynie rekomendować kandydatów na nauczycieli. Jeśli nauczyciel nie wyrabia pensum, KLIK wskazywał, w której szkole może dorobić albo dokąd pójść na zastępstwo – tłumaczy Velkey.

KLIK zaopatruje placówki m.in. w bezpłatne podręczniki. Szkoły straciły też kontrolę nad swoimi finansami. – Na początku nawet po kredę i papier toaletowy musiały wnioskować do centrali. To wiązało się oczywiście z wieloma problemami. Po protestach nauczycieli, które wybuchły w 2015 r., te przepisy akurat złagodzono. Dyrektorzy mają już na drobne wydatki – przyznaje Velkey.

Sam KLIK z jednej centralnej instytucji przekształcił się w kilkadziesiąt mniejszych delegatur. Doszło więc do umiarkowanej dekoncentracji. – Jednak wcześniej, w 2013 r., zaczęto reformować również pragmatykę zawodową nauczycieli. Zwiększono pensum nawet do 26 godzin przy tablicy i wprowadzono awans zawodowy. Ale zanim go wdrożono, zrównali wszystkich do tego samego poziomu i doszło do absurdów: nauczyciel z 35-letnim stażem musiał stawać przed komisją i prezentować swoje portfolio, by udowodnić dorobek. To w środowisku się nie spodobało – opowiada Velkey.

Kolejnym krokiem było oderwanie kwoty bazowej – na podstawie której naliczane są nauczycielskie pensje – od płacy minimalnej. Velkey: – Wprowadzono to w 2014 r. z jednoczesnym podniesieniem pensji. Ucieszył nas znaczny wzrost płac. Ale w następnym roku oderwano kwotę bazową od płacy minimalnej, wprowadzono to po cichu. I obecnie węgierski początkujący nauczyciel zarabia tyle, ile wynosi płaca minimalna dla osób z wykształceniem wyższym. Średnia w gospodarce jest dwa razy większa.
Zmiany dotyczyły też podstawy programowej. – Wzmocniono w niej treści patriotyczne. Religia lub etyka stały się przedmiotami obowiązkowymi. Podstawa została przeładowana, nie pozostawiała miejsca na autonomię nauczyciela.Tych zmian było bardzo dużo. Wprowadzano je stopniowo i właściwie nieprzerwanie przez siedem lat – wymienia Velkey. – Reformy mocno scentralizowały nasz system. Jedno jest pewne: wyniki naszych piętnastolatków w testach PISA są znacznie gorsze niż przed reformą. We wszystkich parametrach wypadamy gorzej niż średnia w europejskich państwach OECD. Centralizacja nie zniosła też ogromnych nierówności między szkołami. A wyrównanie szans było jednym z celów reform. Wciąż istnieją bardzo dobre szkoły, do których dostać mogą się wybrani, i takie, po których jakikolwiek awans społeczny jest niemożliwy.

Szumilas: Po 89′ chcieliśmy odpolitycznić szkołę

Czy wraz z “drugą fazą reformy edukacji” rzeczywiście czeka nas model węgierski? – Do Węgier nam jeszcze daleko – uspokaja dr hab. Przemysław Sadura, badacz polskiego systemu edukacji i autor książki “Państwo, szkoła, klasy”. – PiS dąży do centralizacji w niektórych obszarach, ale przecież o żadnych radykalnych planach minister jeszcze nie mówi.

Była minister edukacji Krystyna Szumilas uważa z kolei, że takie zagrożenie istnieje: – Wszystko, co zrobił do tej pory PiS zmierza do centralizacji. Chcą powrotu do systemu, który obowiązywał w PRL. A po co się to robi? Żeby mieć wpływ na nauczycieli i móc wymuszać na nich nauczanie zgodne z ideologią reprezentowaną przez konkretny rząd. Jeden rozkaz z ministerstwa i można ukrócić nie tylko edukację seksualną, ale również nauczanie o środowisku.

Szumilas tłumaczy: – Kiedy nauczyciel jest autonomiczny, to ma możliwość doboru tematów i sposobu ich prezentacji. Przy przeładowanej podstawie programowej nie ma czasu na dyskusję i spojrzenie na zagadnienie z różnych perspektyw. Uczeń ma znać definicje, recytować regułki i nie zadawać zbyt wielu pytań, by w przyszłości nie być niewygodnym obywatelem. Taką wizję szkoły ma właśnie prezes Jarosław Kaczyński. Trzeba pamiętać, że centralizacja odbiera autonomię też rodzicom. Ja jako rodzic chciałabym, żeby decyzje dotyczące szkoły mojego dziecka zapadały w porozumieniu także ze mną.

Szumilas uważa, że wzmocnienie roli kuratorów oświaty czy manipulowanie przy nagrodach dla nauczycieli oraz postępowaniach dyscyplinarnych to kolejne narzędzia do promowania pracowników oświaty, którzy są ideologicznie zgodni z linią partii: – Jeśli kurator będzie wybierał nauczyciela do nagrody, to nie mam złudzeń, na pewno nie otrzyma jej pedagog, który pozwolił uczniom na organizację “Tęczowego piątku” w szkole.

Była minister zauważa także, że zła kondycja finansowa samorządów, które przez zbyt niską subwencję oświatową nie radzą sobie z wypłatami pensji dla nauczycieli, będzie pretekstem do odebrania im części kompetencji. – A przecież w 1989 r. chodziło nam głównie o wyrwanie szkoły spod władzy polityków. Wtedy jedyna słuszna partia rościła sobie prawo nie tylko do odgórnego kształtowania programów nauczania, ale też do zatrudniania dyrektorów szkół i nauczycieli, bo wtedy łatwiej mogła ich sobie podporządkować. Szkoły podlegały bezpośrednio kuratorowi oświaty, i to on decydował, kto zostanie dyrektorem. Państwo decydowało o wszystkim, co działo się w szkole. Dlatego tak walczyliśmy, żeby samorządy przejęły część kompetencji. Bo gminy znają specyfikę swojego regionu, wiedzą, ile jest dzieci, w których dzielnicach potrzebne są szkoły.

Szumilas zwraca uwagę, że przekazanie części kompetencji samorządom pozwoliło na odpolitycznienie decyzji związanych z kadrą. – Wprowadzono konkursy na dyrektorów szkół, i to lokalne społeczności o tym zaczęły decydować. Dyrektor z kolei mógł zatrudnić nauczycieli, nie musiał chodzić po pozwolenie do inspektora oświaty. A teraz PiS znowu zmierza do tego, by cały proces upaństwowić.

Sprawdzamy, czy może dojść do centralizacji

Czy rzeczywiście do tego zmierza “druga faza reformy edukacji” zapowiadana przez ministra Piontkowskiego? Przeanalizowaliśmy główne czynniki, które mogłyby doprowadzić do głębszej centralizacji polskiego systemu edukacji.

1. Większa władza kuratorów z nadania PiS

Na początku 2016 r., wraz z reformą likwidującą gimnazja, ówczesna minister Anna Zalewska najpierw przyznała kuratorom oświaty znacznie większe kompetencje niż dotychczas. Otrzymali m.in. prawo weta w sprawie likwidacji szkół (do tej pory wystawiali w tej sprawie opinie, ale samorządy nie musiały brać ich pod uwagę), mogą też decydować o założeniu nowej szkoły publicznej, a także ocenić placówki szkolące nauczycieli.

PiS zmienił też sposób wyboru kuratora. Dotąd powoływał go wojewoda, od 2016 r. decyduje o tym minister edukacji. Obecnie 13 z 16 kuratorów jest działaczami PiS lub ma z nim związki. ZNP podaje, że jedynie kurator wielkopolski, lubelski i łódzki nie mają powiązań z partią rządzącą.

Zmieniono też sposób wyłaniania dyrektorów szkół – w komisji konkursowej więcej głosów otrzymały rady rodziców i kuratorzy. Komentatorzy zwracali uwagę, że przy wygaszaniu gimnazjów i zmianie organizacji szkół było wiele okazji, by dyrektorów wymienić. “Nowo wybrani poprą pewnie program rządu, a ich poglądy będą miały wpływ na opinie rodziców, nauczycieli i uczniów” – słyszeliśmy od samorządowców.

Niedawne przyznanie kuratorom prawa do decydowania o tym, kto dostanie nagrodę kuratorską, również zostało odebrane przez środowisko jako próba nacisku. Do tej pory nauczycieli typował dyrektor. – Teraz nagrodę dostaną prawomyślni. To typowa marchewka. System, w którym premiowani są nauczyciele, którzy spodobają się politycznemu kuratorowi – oceniał prezes ZNP Sławomir Broniarz.

Jednak Sadura zwraca uwagę, że przywrócenie kuratoriom kontroli nad np. likwidacją szkół jest pozytywnym aspektem: – PO zdecentralizowało system zanadto. To niebezpieczne, gdy samorząd – patrząc krótkofalowo na swoje bieżące wydatki i oszczędności – może decydować o likwidacji placówki.

2. Dyscyplinarki, ale MEN wycofuje się rakiem

Nauczyciele związkowi już po kwietniowym strajku alarmowali, że dyscyplinarki to będzie bat na ich środowisko. Taka kara za nieposłuszeństwo.

Nowe przepisy dotyczące postępowania dyscyplinarnego wobec nauczycieli zostały opracowane tuż po strajku nauczycieli przez poprzedniczkę Piontkowskiego Annę Zalewską. Zaczęły obowiązywać od września 2019 r.

Zakładają one, że gdy zachodzi podejrzenie naruszenia “dobra dziecka”, nauczyciel ma zostać zgłoszony przez dyrektora do rzecznika dyscyplinarnego w ciągu trzech dni. Problem w tym, że nie wiadomo, czym jest “dobro dziecka”. A dyrektor – jeśli nie zgłosi szybko sprawy – sam może zostać pociągnięty do odpowiedzialności.

Przez tę presję i nieostre przepisy zaczęło dochodzić do absurdów. Za nauczycielami ciągną się wielomiesięczne przesłuchania i procedury tylko dlatego, że wypuścił lub nie wypuścił ucznia do toalety podczas lekcji. Odnotowano też znaczny wzrost zgłoszeń – z ponad 700 w 2018 r do ponad 1 tys. w 2019 r.

– Absolutnie nie był to bat. Z tego, co słyszę od urzędników w ministerstwie, jest to spełnienie postulatów poprzedniego rzecznika praw dziecka – odpowiada minister Piontkowski. I podkreśla, że przychyla się do postulatów środowiska, by przepisy postępowania dyscyplinarnego nauczycieli uregulować. Jest za tym, by doprecyzować określenie “dobro dziecka” oraz wydłużyć czas reakcji dyrektora do np. 14 dni, by mógł zbadać sprawę w szkole, zanim przekaże ją wyżej.

W sprawie dyscyplinarek – czyli pierwszej kwestii poruszonej w ramach wypracowywania zagadnień “drugiej fazy reformy” – MEN pokazał dobrą wolę.

3. Podwyżki dla nauczycieli. Samorządy przyparte do muru

6-proc. podwyżki od września 2020 r. obiecał nauczycielom minister Piontkowski i podał, że wypłata ich od września do grudnia będzie kosztować ok. 850 mln zł. Związkowcy i samorządowcy bili na alarm, gdy przeczytali projekt budżetu na 2020 r. Nie było w nim mowy o zabezpieczeniu pieniędzy na ten cel.

W ostatnim momencie, już podczas uchwalania budżetu w Sejmie, resort edukacji wniósł autopoprawkę, która zabezpieczyła 100 mln zł na podwyżki. – Dlaczego pan tak nie szanuje nauczycieli? – stwierdziła wówczas Szumilas i dopytywała, skąd samorządy wezmą pozostałe 750 mln zł.

Minister tłumaczy, że pieniądze zabezpieczone są w subwencji oświatowej. – Naliczyliśmy ją na większą liczbę etatów. Potem okazało się, że tych nauczycieli jest ok. 7 tys. mniej, niż zakładaliśmy, co daje oszczędności rzędu 743 mln zł. Jeśli dodamy te 100 mln zł, to daje nam 850 mln zł potrzebnych na podwyżkę od września do grudnia 2020 roku – tłumaczy minister.

Te tłumaczenia nie uspokajają jednak samorządowców. – 2,1 mld zł, tyle jesteśmy w plecy po podwyżkach z 2018 i 2019 r. – szacuje Marek Wójcik ze Związku Miast Polskich. Przypomnijmy, że podwyżki były już trzy: w kwietniu 2018 r. – o 5,4 proc., w styczniu 2019 r. – o 5 proc. i we wrześniu 2019 r. – o 9,6 proc. – Jeśli chodzi o ostatnią, 9-proc. podwyżkę, to rachunek jest prosty: jej wypłata przez cały rok wyniesie 3,9 mld zł, a subwencja oświatowa na 2020 jest wyższa jedynie o 2,8 mld zł. Nic się tu nie zgadza. Pieniędzy po prostu nie starczy – komentuje Wójcik.

Związek Miast Polskich obliczył, że obecnie samorządy dopłacają do oświaty nawet do ponad 60 proc. Oprócz zadań oświatowych, które mają obowiązek realizować (chodzi o utrzymanie budynków szkół), finansują też w dużym stopniu nauczycielskie pensje i podwyżki. A na to im nie starcza. W gminie Zawidz na Mazowszu w listopadzie zabrakło na podstawowe pensje. Teraz jedynym ratunkiem dla tej gminy jest likwidacja dwóch małych wiejskich szkół.

Z kolei wewnątrz PiS pojawiają się głosy, że to nie samorządy dopłacają, tylko rząd pomaga na ile może. A gminy mają obowiązek nauczycieli utrzymywać. – Tak głosowali za podwyżkami dla nauczycieli podczas strajku, a teraz mówią, że dopłacać nie chcą – komentuje Zbigniew Dolata, wiceprzewodniczący sejmowej komisji oświaty. – Oprócz subwencji z rządu gminy dostają tak duże pieniądze z PIT i CIT, że płacić na szkoły to żadne poświęcenie.

Samorządowcy podkreślają, że przez reformy PiS wpływy z podatku PIT są przecież mniejsze. A podwyższenie płacy minimalnej też ich sporo kosztowało. Z jednej więc strony są za podwyżkami dla nauczycieli, z drugiej – boją się, że ich wyborcy odwrócą się od nich, więc już przebąkują o tym, że może to państwo powinno zdjąć z nich niektóre obowiązki oświatowe. Co może doprowadzić do centralizacji.

Nauczyciele obawiają się, że to napięcie finansowe między rządem i samorządem spowoduje większy nacisk na likwidację Karty nauczyciela, która gwarantuje im stałe pensje i godziny pracy oraz warunki wypowiedzenia, co dla organu prowadzącego może być dodatkowym kosztem. Boją się też likwidacji szkół – bo wymusi zwolnienia.

4. Likwidacja Karty, podwyższenie pensum i zwolnienia

– Skoro minister wiąże wypłacanie kolejnej podwyżki z redukcją etatów, to jestem głęboko zaniepokojony – mówi Broniarz. – Nie wiemy jedynie, czy oznacza to szybsze przechodzenie nauczycieli na emeryturę, likwidację szkół czy podwyższenie pensum.

Szef ZNP tłumaczy, że jeśli np. fizyk, który musi wyrobić 18 godzin przy tablicy, będzie musiał wypracować ich np. 24, to będzie albo musiał szukać tych godzin w innych szkołach (co już jest powszechną praktyką, nawet przy 18 godzinach przy tablicy), albo dobierze sobie inny przedmiot i zabierze dodatkowe godziny np. biologowi. – To musi wiązać się ze zwolnieniami, nie mam złudzeń – komentuje Broniarz.

Dlatego związek tak alergicznie reaguje na jakiekolwiek wieści o likwidacji Karty nauczyciela – ten dokument to gwarancja nie tylko stałego czasu pracy, ale również pensji i podwyżek dla wszystkich pedagogów, niezależnie od miejsca zamieszkania.

Resort – mimo wypowiedzi przewodniczącej sejmowej komisji oświaty, że za Kartę umierać nie będzie – podkreśla, że likwidacji tego dokumentu nie chce. Chce jednak go zmienić. Krążyły plotki, że w zamian za wyższe pensje rząd zaproponuje nauczycielom zróżnicowane godziny: wuefistom – 27, a przedmiotowcom – 24.

Czy to prawda? Minister odpowiada enigmatycznie: – Dyskusje na ten temat były choćby w trakcie obrad okrągłego stołu [premiera Morawickiego]. Ale jeszcze nie wiemy, czy takie rozwiązanie będzie ostatecznie wprowadzone. To jeden z możliwych tematów, o których będziemy rozmawiali za kilka miesięcy.

Na pytanie, czy 6-proc. podwyżka będzie wiązać się z redukcją etatów, usłyszeliśmy: – Na razie nie ma przepisów, które by na to wskazywały.
01 lutego 2020 r. autor: Karolina Słowik, artykuł przedrukowany z https://krakow.wyborcza.pl/krakow/7,44425,25438244,jednoznaczne-wyniki-ankiety-na-https://wyborcza.pl/7,75398,25653874,druga-faza-reformy-edukacji-czy-czeka-nas-model-wegierski.html
artykuł dostępny również na stronach:
Udostępnij lub polub ten artykuł:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *