Nieudacznik czy skarb narodu? Kim jest polski nauczyciel i dlaczego oszczędzamy na wykształceniu naszych dzieci

Nauczyciele bywają słabi, bo źle im płacimy, a źle im płacimy, bo bywają słabi. Przerwijmy to błędne koło. Podnieśmy nauczycielom pensje i wymagajmy od nich więcej.

Dr hab. Mikołaj Herbst – ekonomista, badacz systemów edukacyjnych, pracuje w Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych na Uniwersytecie Warszawskim, prowadzi bloga Wiedzadlapolityki.wordpress.com

Justyna Suchecka: Minister Anna Zalewska chwali się, że po podwyżkach średnie pensje nauczycieli wynoszą od 2,9 tys. zł dla stażystów do 5,3 tys. dla dyplomowanych. Skoro jest tak dobrze, dlaczego nauczyciele są niezadowoleni?

Dr hab. Mikołaj Herbst: Wyliczenia ministerstwa są prawdziwe, ale to nie znaczy, że nauczyciele zarabiają w Polsce dobrze. Dopiero w roku 2003 ich średnia pensja dogoniła średnią krajową, od 2010 r. podwyżki były nieznaczne. To o wiele za mało, żeby wynagrodzenie uznać za atrakcyjne i by przyciągało wartościowych, wykształconych ludzi do zawodu.

Na tle innych państw europejskich nasi nauczyciele czują się wyjątkowo biedni.

– Warto spojrzeć na to nie z perspektywy wszystkich obywateli, ale tych, którzy ukończyli studia. Jeśli przeanalizujemy stosunek średnich zarobków nauczycieli do średnich zarobków innych wykształconych pracowników, to Polska znajduje się poniżej średniej dla państw OECD.

Co jednak najważniejsze, szczególnie źle wygląda sytuacja młodych nauczycieli – stażystów i kontraktowych. Dziś ich wynagrodzenie zasadnicze ledwie przewyższa minimalną płacę, a połowa stażystów zarabia poniżej 2750 zł brutto. Tymczasem pensja ma duży wpływ na decyzję młodych ludzi o tym, jaki zawód wybrać. Siła nabywcza młodego nauczyciela w Polsce należy do najniższych wśród krajów rozwiniętych. Gorzej jest tylko na Łotwie, Węgrzech, Słowacji i w Brazylii.

Do tego Ministerstwo Edukacji Narodowej wydłużyło właśnie staż wymagany do osiągnięcia drugiego i trzeciego stopnia awansu zawodowego, więc absolwenci uczelni, którzy trafią do szkół, dłużej będą zarabiali kiepsko.

To pogłębi negatywną selekcję do zawodu?

– Mam taką obawę.

W Polsce równolegle funkcjonują dwa mity o nauczycielach. Jeden to taki, że nauczyciele to skarb narodu, elita intelektualna i najważniejszy zasób polskiej szkoły. Drugi jest taki, że to życiowi nieudacznicy i osoby o niskich kompetencjach. Oczywiście, w rzeczywistości istnieją zarówno świetni, jak i bardzo słabi nauczyciele.

A jaka jest prawda o selekcji do zawodu nauczyciela?

– Nie mieliśmy właściwie dotąd żadnych twardych danych na poparcie jednej czy drugiej tezy. A argumentami żonglujemy w zależności od tego, kto mówi, w jakiej sprawie i co chce tym osiągnąć.

To inaczej: co wiemy o nauczycielach?

– Mamy do dyspozycji PIAAC, Programme for the International Assessment of Adult Competencies, czyli badania OECD kompetencji osób dorosłych przeprowadzone w latach 2011-16. W Polsce brało w nich udział 9,4 tys. osób. Te badania są na tyle rozbudowane, że pozwalają ocenić poziom wiedzy osób wykonujących różne zawody i w dodatku porównać je z poziomem wiedzy innych osób o podobnym poziomie wykształcenia.
W jednym ze swoich najnowszych artykułów prof. Eric Hanushek ze Stanford University wraz z zespołem wykorzystali te dane, by pokazać kompetencje nauczycieli w różnych krajach na tle ogółu dobrze wykształconych pracowników. I niestety, wyniki są dla nas bardzo niekorzystne. Po pierwsze, sam poziom umiejętności polskich nauczycieli jest wyraźnie niższy niż przeciętnego nauczyciela w całej próbie pochodzącej z 31 krajów zarówno pod względem rozumowania matematycznego, jak i rozumienia tekstu. Po drugie, i najgorsze, fatalnie wyglądają wyniki polskich nauczycieli na tle krajowej grupy kontrolnej, czyli Polaków mających wyższe wykształcenie. Z tego punktu widzenia jesteśmy najsłabsi ze wszystkich badanych krajów. To wyraźny sygnał, że przez lata mieliśmy do czynienia z negatywną selekcją.

To nauczyciele, którzy pracują już dłuższy czas, niektórzy pewnie wychowani jeszcze w Polsce Ludowej. Może nowi będą lepsi?

– Niestety, nie mogę być optymistą. Prowadzimy teraz na Uniwersytecie Warszawskim badanie obejmujące absolwentów urodzonych w latach 1986-95. Zestawiamy ich wyniki osiągane na studiach z decyzjami o zdobyciu uprawnień nauczycielskich. Dane, które już mamy, wyraźnie wskazują na negatywną selekcję. O zawodzie nauczyciela myślą studenci, którzy mają w toku studiów relatywnie słabe wyniki egzaminów. Prawdopodobieństwo podjęcia decyzji o zdobyciu uprawnień nauczycielskich wynosi około 6,5 proc. dla studentów o przeciętnych osiągnięciach akademickich, a poniżej 4 proc. dla studentów dominujących pod względem wyników egzaminów. Wśród najsłabszych studentów przekracza 10 proc.

Na wszystkich kierunkach jest podobnie?

– Nie. Selekcja negatywna np. właściwie nie występuje na polonistyce, ale jest już bardzo silna wśród absolwentów filologii obcych. Na kierunkach przyrodniczych i ścisłych jest bardzo zróżnicowania, ale nie mamy precyzyjnych liczb dla każdego kierunku, gdyż liczebności studentów są zbyt małe.

Jeśli nie zrobimy kroku w celu podniesienia statusu społecznego i finansowego nauczycieli, to tej selekcji nie odwrócimy, będziemy ją tylko pogłębiać.

A może rozwiązaniem są plany wicepremiera Gowina, który zamierza kształcić nauczycieli tylko na najlepszych, elitarnych uczelniach?

– Nie chcę oceniać samej tzw. ustawy 2.0, bo to wymaga odrębnej rozmowy, w przypadku nauczycieli ograniczenie liczby ośrodków nadających uprawnienia byłoby pożądane. Jednak to wpłynęłoby pozytywnie raczej na jakość kształcenia nauczycieli, a nie na selekcję. Wynika ona bowiem z indywidualnych decyzji studentów, którzy oprócz własnych zainteresowań, talentu czy tradycji rodzinnych biorą pod uwagę poziom życia i status, jaki może im zapewnić praca w szkole.

Natomiast mówienie o elitaryzacji jest o tyle celowe, że podnoszeniu wynagrodzeń powinno towarzyszyć podnoszenie wymagań. Być może z czasem należy rozważyć wprowadzenie centralnych egzaminów nauczycielskich. Uważam, że błędne koło polegające na tym, że nauczyciele są słabi, bo źle im płacimy, a źle im płacimy, bo są słabi, można przerwać, tylko rozwiązując problem kompleksowo.

Ale nie tylko podwyżek potrzebujemy.

– Zacznijmy od tego, że system wynagrodzeń nauczycieli jest bardzo skomplikowany. Oni sami często nie do końca zdają sobie sprawę, ile zarabiają. Nauczyciele dostają rozmaite dodatki, które są regularne lub nie, rządzą się różnymi zasadami. Jest stała trzynastka, ale jest też wynagrodzenie za godziny ponadwymiarowe – znacząca część wynagrodzenia, przeciętnie około 10-12 proc., w zależności od stopnia awansu.

Nauczyciele oburzali się ostatnio, że MEN uwzględnia te dodatkowe godziny, podając do publicznej wiadomości średnie wynagrodzenia w oświacie. Moim zdaniem trudno mieć pretensje do ministerstwa, bo tak całkowite wynagrodzenie definiuje Karta nauczyciela. Natomiast z perspektywy oceny regulacji mającej służyć utrzymywaniu pewnych standardów w oświacie to rozwiązanie bezsensowne.

Dlaczego?

– Bo standardy wynagradzania powinny obowiązywać w odniesieniu do określonego pensum, czyli do liczby godzin, które nauczyciel spędza w klasie w ciągu tygodnia. Jeśli pracodawca może osiągnąć średnie pensje zgodne z ustawą Karta nauczyciela, zwiększając nauczycielowi liczbę godzin przy tablicy, to za jednym zamachem unieważniamy dwa ważne standardy: dotyczący czasu pracy i wynagrodzenia. Przywróćmy więc właściwe znaczenie słowu „ponadwymiarowy” – to coś ponad normę i powinno być płatne odrębnie.

Kartę nauczyciela należy zlikwidować?

– To, że krytykuję różne zapisy Karty, nie oznacza, że uważam ją za niepotrzebną. W zdecentralizowanym systemie oświaty ustawa pilnująca standardów jest niezbędna. Ale uważam, że część poświęconą wynagrodzeniom należy napisać od nowa. Ten dokument powstał pierwotnie w 1982 r. Jego dzisiejszy kształt jest wypadkową bardzo długiego procesu negocjacji, poprawiania, łatania dziur i dostosowywania do nowych warunków ustrojowych.

Karta stwarza pozory, że w przypadku płac mamy do czynienia z decyzjami zdecentralizowanymi, które podejmują samorządy. Ale system jest tak złożony, że w praktyce zakres autonomii samorządu jest niewielki. Weźmy na przykład wynagrodzenia zasadnicze, najważniejszy składnik nauczycielskich pensji. W teorii organ prowadzący może je dowolnie różnicować między nauczycielami, pod warunkiem że żaden nauczyciel nie dostanie mniej, niż wynosi stawka minimalna określona w rozporządzeniu MEN. W praktyce wszystkie samorządy stosują wyłącznie stawkę minimalną. Dlaczego? Ponieważ wiele ustawowych dodatków do wynagrodzenia nauczyciela jest powiązanych z wysokością wynagrodzenia zasadniczego. Prowadzenie polityki płacowej za pomocą wynagrodzenia zasadniczego powodowałoby więc trudne do kontrolowania efekty „mnożnikowe”.

Lepiej skończyć z fikcją i uprościć zasady wynagradzania nauczycieli.

Obecnie Karta próbuje regulować indywidualne wynagrodzenia zasadnicze oraz średnie wynagrodzenia całkowite kalkulowane na terenie organu prowadzącego. To nieczytelne i stwarza tylko pozory lokalnej autonomii. Zamiast tego powinniśmy gwarantować określone wynagrodzenie całkowite każdemu nauczycielowi na danym stopniu awansu zawodowego. To wynagrodzenie, znacząco wyższe niż obecnie, powinno się składać tylko z wynagrodzenia zasadniczego i dodatku za wysługę lat. Samorządy powinny mieć ponadto swobodę ustalania dodatków funkcyjnych, np. za wychowawstwo, i motywacyjnych. Godziny ponadwymiarowe powinny być płatne niezależnie od wynagrodzenia całkowitego, które odnosiłoby się do pensum ustawowego.

Ale dodatek wiejski by pan zlikwidował?

– Tak, bo funkcjonuje jako dodatek socjalny, choć wcale nim nie jest. Na czym ma polegać jego walor wynagrodzenia za trudniejsze warunki, skoro dostają go wszyscy nauczyciele wiejscy, nawet ci zamożni? A gdy patrzy się na obecną sytuację na rynku pracy i problemy wielkich miast, powstaje pytanie, czy raczej nie jest nam potrzebny jakiś dodatek „wielkomiejski”. Bo to w dużych miastach wynagrodzenie młodych nauczycieli często nie pozwala nawet na wynajem mieszkania.

Po zlikwidowaniu innego dodatku – mieszkaniowego – jest grupa nauczycieli, która mimo podwyżek zarabia mniej.

– Dlatego przed rewizją różnych świadczeń najpierw trzeba znacząco zwiększyć wynagrodzenie zasadnicze. Od lat o płacach rozmawiamy od awantury do awantury, od strajku do strajku. Dbamy o chwilowy spokój polityczny, zamiast myśleć o systemowych potrzebach. Kiedy pisze pani w „Wyborczej”, że „trzeba szanować nauczycieli”, to powinno oznaczać, że o ich pensjach myślimy jako o strategicznej decyzji mającej dalekosiężne skutki dla państwa i społeczeństwa.

Pytanie, po co dyskutować o standardach w Karcie, skoro liczba szkół, w których nie obowiązuje, stale rośnie.

– Z definicji Karcie – części dotyczącej pensum oraz wynagrodzeń – nie podlegają szkoły niepubliczne, choć przecież dostają dotacje ze środków publicznych. Kluczowe regulacje nie dotyczą też szkół publicznych prowadzonych przez organy inne niż samorząd terytorialny, np. stowarzyszenia. Takich szkół przybywa w związku z niżem demograficznym. Tylko w latach 2008-12 ponad 500 placówek zmieniło organ prowadzący. Ratunek dla wielu małych, ekonomicznie nieefektywnych szkół polegał na przejęciu ich przez różne stowarzyszenia i właśnie na uchyleniu standardów obowiązujących w Karcie nauczyciela.

Moim zdaniem standardy powinny obowiązywać we wszystkich szkołach, które są finansowane ze środków publicznych, niezależnie od organu prowadzącego.

A uzależnienie pensji nauczycieli od średniego wynagrodzenia w gospodarce to dobry pomysł?

– To brzmi atrakcyjnie, bo GUS dostarcza nam wiarygodnych informacji na temat średnich wynagrodzeń, ale z punktu widzenia merytorycznego – to wtórny problem.

Kluczowe jest to, że powinniśmy się odważyć i wreszcie powiedzieć: pensja nauczyciela w Polsce powinna się zaczynać w okolicach średniej krajowej, a nie zbliżać do niej po dziesięciu latach pracy. Wtedy przyjdzie czas nie wiele innych fundamentalnych pytań odnośnie do wynagrodzeń, których sobie teraz nie zadajemy.

Na przykład?

– Czy pensje powinny być zróżnicowane ze względu na to, na jakim szczeblu edukacji nauczyciel pracuje? W różnych krajach obowiązują różne rozwiązania, ale biorące pod uwagę np. zakres wiedzy specjalistycznej – inną musi mieć matematyk uczący czwartoklasistę, a inną ten przygotowujący licealistę do matury.

Nie poruszamy też tematu zróżnicowania pensum i wynagrodzeń w zależności od przedmiotu.
Nie dopuszczamy do świadomości sił rynkowych, które też wpływają na edukację. Np. tego, że termin „atrakcyjne wynagrodzenie” może oznaczać coś innego dla potencjalnych nauczycieli różnej specjalności: polonisty, matematyka, wuefisty i tak dalej. Nie mam gotowej odpowiedzi na te pytania, ale dobrze, żeby w ogóle padły w debacie o jakości edukacji.

Jest za to jedna recepta powtarzana jak refren: „zróbmy jak w Finlandii”.

– To jest irytujące, bo gdy się powołujemy na Finlandię, która rzeczywiście nie ma problemu z negatywną selekcją do zawodu nauczyciela, to często patrzymy na jej system edukacji fragmentarycznie. Osobno mówimy o wynagrodzeniach, autonomii szkoły, braku egzaminów zewnętrznych. A żaden z tych elementów nie działa w próżni, są ze sobą powiązane. Jeśli mamy dobrych nauczycieli, cieszących się dużym szacunkiem w społeczeństwie, to możemy im dać dużą autonomię i niekoniecznie sprawdzać wiedzę uczniów za pomocą zewnętrznych egzaminów.
14 kwietnia 2019 r. autor: Justyna Suchecka, artykuł przedrukowany z https://wyborcza.pl/7,157035,23299441,nieudacznik-czy-skarb-narodu-kim-jest-polski-nauczyciel-i.html
artykuł dostępny również na stronach:
Udostępnij lub polub ten artykuł:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *